piątek, 8 sierpnia 2014

Rozdział 1



Światło zapalone na korytarzu delikatnie rozproszyło mrok w jej pokoju.
-Wstawać! - krzyk opiekuna Callen rozniósł się po pomieszczeniu. Przecież ona już nie śpi. Nie spała całą noc. Znowu płakała. Tak bardzo chciała stąd uciec. Nienawidziła tego miejsca, ale nawet jeśli by jej się udało nie miała by gdzie się podziać, ma przecież tylko szesnaście lat. To za mało by prowadzić normalnie życie na zewnątrz. Na rodziców liczyć nie mogła. To oni ją tutaj wysłali. Nienawidziła isch z całego serca. Elizabeth zawsze była wyrzutkem więc rodzice udając zaniepokojonych wysłali ją do psychologa. A że nie chciała rozmawiać z psychologiem, który wyglądał jakby się naćpał to stwierdzono bardzo ciężką depresję. Gdy stwierdzają wysoki stadium depresji robią wszystko by wcisnąć taką osobę do szpitala. Jak się usprawiedliwiają? Że to stadium, które zagraża życiu pacjenta. Brednie. Przetarła zmęczone oczy i wstała z łóżka. Spojrzała w stronę drzwi, tuż przed nimi leżał złożony w kostkę materiał. Pewnie nowa koszula. Wszyscy pacjenci nosili długie do połowy łydki koszule, bez względu na to czy był kobietą czy mężczyzną. Przebrała się w czyste ubranie czując ulgę. Przez ostatnie trzy dni nie umiała wytrzymać w brudnym i śmierdzącym ubraniu. Przeczesała dłonią blond włosy i zapukała w drzwi, które chwilę później się otworzyły wypuszczając ją z jej niewielkiego pokoju, w którym znajdowało się samo łóżko. Stanęła obok strażnika i czekała aż opiekun sprawdzi jej pokój. Gdy pokój, jak zawsze, okazał się pusty mogła spokojnie iść na stołówkę gdzie jak codzień podawali coś co jedzeniem nazwać nie można. Usiadła na swoim krześle przy stoliku z Phoebe. Rudowłosa Phoebe była bardzo miła, ale często zachowywała się jak pięciolatka mimo tego, iż ma dwadzieścia dwa lata. Jak zwykle miała małego kucyka na czubku głowy związanego krwistoczerwoną wstążką pasującą do jej ozdób na koszuli. Ona jako jedyna miała prawo do urozmaicenia swojego ubioru.
- Lizzie - pisnęła radośnie widząc dziewczynę - pobawisz się ze mną?
- Może nie tutaj, co?
- Mamusia przyniosła mi lalki - uśmiechęła się szeroko - takie są piękne.
ELizabeth nie odpowiedziała. Tych lalek tutaj nie ma i nigdy nie było ani nie będzie. Chwilę później postawiono przed nią gumowy talerz z chlebem posmarowanym czymś co chyba powinno być masłem oraz kubek wypełniony kompotem z jabłek. Szybko zjadła śniadanie czując jak żołądek ma ochotę wyrzucić posiłek z siebie. Przełknęła ślinę wstając od stołu.
- Lizzie poczekaj na mnie - Phoebe kończyła jeść kanapkę i również wstała. Razem poszły do strażnika, który przeprowadził je na drugą część budynku do świetlicy gdzie ustawiły się do kolejki po leki.
- Podobno mają tu przysłać takiego ładnego chłopca - uśmiechnęła się radośnie rudowłosa - jak byłam u pani dyrektor to widziałam jego akta. Miał takie ładne brązowe loki i na imię Harry.
- Phoebe wiesz, że nie możesz tak robić. Zostałabyś ukarana jakby cię przyłapano.
- Ale nie mogłam się powstrzymać.
- Czemu tu będzie ? - Elizabeth wiedziała, że jej przyjaciółka będzie znała odpowiedź na jej pytanie. Taka Phoebe była, bardzo ciekawska, jak każde dziecko.
- Podobno zabił jedenaście osób i trzy zranił nożem - posmutniała.
- Panno Carter i Phoebe - głos pielęgniarki był wypełniony jadem. Blondynka jej nienawidziła. Była to duża baba ze sztucznymi cyckami i ustami i tapetą na całej twarzy - o czym rozmawiacie?
- Nie twoja sprawa - odpysknęła Liz zabierając z tacki kubeczek z wodą i czterema małymi tabletkami o różnych kolorach.
- Obawiam się, że jednak moja.
- Ja natomiast jestem ciekawa jak zarząd zareaguje gdy przyjdzie na wizytę i zobaczy, że trujecie pacjentów.
- Chyba nie zdajesz sobie sprawy jakie mogą cię czekać konsekwencje Carter - powiedziała i odeszła. Wkurzona Liz usiadła na kanapie gdzie miała spędzić conajmniej dziesięć godzin z mają przerwą na obiad. W tle leciała bardzo denerwująca piosenka. Całkowicie zatraciła się w swoich myślach patrząc na Phoebe, która bawiła się z mały dzieckiem należącym do Abby, młodej dziewczyny, która zabiła swoje drugie dziecko. To dziwne, że jej córka dalej jest pod jej opieką. Syna zabiła i córkę też próbowała. Ale tu chyba lubią trupy.

Prolog



Popatrzyła w jego oczy. Były takie puste. Bez emocjii. Wolała już zobaczyć w nich złość, rozpacz, cokolwiek ! Tylko nie tą pustkę. On bacznie skanował jej ciało leżące na brudnej ziemi korytarza umarłych. Nie wierzył w to co widział. A widok był okropny. Wpół naga, wychudzona, prawie kobieta z raną na brzuchu, z której sączy się krew plamiąca resztki sukienki, która jakimś cudem okrywała skrawki jej ciała. Wiedział, że cierpi. Nie chciał tego. Nie chciał aby to tak wyszło. Jak zawsze nie po jego myśli. Ukucnął przy niej chwytając jej bladą, drobną dłoń. Lekko ścinął jakby chciał pokazać jej, że jest przy niej.
- Ciii... -szepnął - jestem przy tobie nie musisz się bać.
Ułożył ją tak że na wpół siedząco opierała się o jego klatkę piersiową, a on obejmował ją mocno. Głaskał po głowie czując jak szkarłatna ciecz przesiąka jego koszulkę. Zastanawiał się co powinien zrobić. Nie chciał aby cierpiała. Było tylko jedno rozwiązanie. To nie tak powinno się skończyć - powtarzał w myślach. Spojrzał ostatni raz na jej przestraszoną twarz. Wpatrywał się w  nią, tak, aby zapamiętać każdy szczegół. Mądre, szaro-niebieskie oczy, mały nosek przypominający ziemniaczka. Pełne, teraz popękane blado różowe usta. Wystające kości policzkowe. I parę piegów, które delikatnie zdobiły jej policzki. Będzie za nią tęsknić.
- Kochanie, wiesz, że nie ma innego wyboru - rzekł uśmiechając się do niej radośnie. Osoba trzecia oglądająca to zdarzenie stwierdziła od razu, że chłopak jest psychopatą.  Dziewczyna kiwnęła delikatnie głową. Nie czuła się na to gotowa. Nie chciała tego, ale wiedziała, że to jest odpowiednie. Podniosła twarz na tyle ile mogła i musnęła jego usta, których bardzo pragnęła.  Przeniósł dłonie w górne miejsce gdzie kończyła się szyja. Zacinął palce. Zamknął oczy, które zaraz miały wypuścić miliony łez. I zrobił to.